Kilka dni temu, do publicznej wiadomości przedostały się plany budżetu państwa na rok 2010. Jak zawsze przy tej okazji pojawiły się obawy przed podwyżką podatków, wzrostem cen, czy chociażby dodatkowymi wydatkami czy cięciami w pensjach. Chociaż minister skarbu zapewniał, że po akcji cięć wydatków, jaką oglądaliśmy kwartał temu, dziura w budżecie ulegnie znacznemu pomniejszeniu, nowy budżet zakłada kolejną, właściwie nawet większą. Żeby było zabawniej, analitycy gospodarki zwracają uwagę na dalece idącą abstrakcyjność, żeby nie powiedzieć zbytni optymizm ministra skarbu. W założeniach nowego budżetu dopatrują się rażących błędów, czy pominięcia sporych wydatków, których nie sposób uniknąć. Na dodatek, okazuje się, że budżet na 2010 rok zakłada zaciągnięcie kolejnego długu, którego wysokość ma wynosić około jednej trzeciej dotychczasowego zadłużenia Polski. Takie, na dobrą sprawę, niechlujne planowanie budżetu, przeprowadzane na liczbach (tutaj podaję za analitykami) wziętych z kosmosu, niezbyt dobrze rokuje na rok 2010. Część wydatków przerzucanych będzie gdzie się da, byleby tylko dopiąć kolosalne wydatki na utrzymanie państwa. Nieuniknione jest, że dojdzie do sytuacji, kiedy w obliczu konieczności kolejnej nowelizacji budżetu, wyjdą na jaw spore braki w skarbie państwa, podwyżce ulegną tradycyjnie już akcyzy na paliwo, wyroby tytoniowe i alkohol. Najprostszym bowiem rozwiązaniem jest chwycenie za kieszeń podatników.